Alfred Wolf ówczesny gospodarz z Bukowa był naocznym świadkiem wydarzeń poprzedzających dzień wkroczenia Armii Czerwonej do wsi. Władze niemieckie już 13 stycznia 1945 roku nakazały pierwszą ewakuację gospodarzy. Na miejscu pozostali tylko francuscy jeńcy, którzy mieli za zadanie opiekowanie się dobytkiem gospodarza. Wozy były zapakowane i załadowane najpotrzebniejszymi rzeczami ale nikt nie wiedział co i gdzie mogło się przydać, jedynie wcześniejsze obserwacje przetaczających sie wozów z uciekinierami z Prus Wschodnich mogły nasuwać jakieś pomysły.

Z gospodarstwa Wolfa wyruszyły 4 wozy: dwa „osobowe” i dwa „towarowe”. Był ostry mróz i padał śnieg. Z wielkim trudem wozy dotarły do Gwieździna, gdzie pozostali na kwaterach około tygodnia i po informacji, że front zatrzymał się przed Bukowem nakazano powrót. Dom przywitał rodzinę Wolfów spokojem i porządkiem. Zwierzęta były obrządzone, a w pokojach posprzątane i napalone. Działały nawet telefony. Jednak wszyscy wiedzieli, że ich los we wsi jest przesądzony i z wielkim niepokojem oczekiwali każdego kolejnego dnia. Nadszedł ten dzień. Dostali rozkaz natychmiastowego opuszczenia wsi. W ciągu 20 min byli już na wozach i odjechali w kierunku Gwieździna.
Następnego dnia z bezpiecznej odległości obserwowali czerwoną łunę z 
kierunku Bukowa – „Bukowo się pali” powiedział dziadek Alfreda.
Ze wspomnień mieszkańca Niw: Już przez cały dzień(23) „starszyzna”
z sołtysem od domu do domu chodzili i pouczali jak się zachować: otworzyć wszystkie okna a najlepiej je wyjąć i nie wychodzić z domów. Wieczorem Rosjanie podchodzili do rzeki: działka zaprzęgnięte w konie, wozy, jakieś pojazdy, czołgów nie było widać.
Jeszcze było ciemno gdy z lasów nad Kamionką i okolic Niw w stronę Bukowa poszybowały setki pocisków artyleryjskich dużych kalibrów od 122 mm, 155 mm, a nawet 210 mm.
Z okolic samych Niw poleciały salw słynnych Katiuszy.


Około godziny 4 zrobiło się widno tak jak w dzień ( pamiętajmy że to
luty ), był straszny huk i ryk startujących pocisków, dopiero tak może po godzinie, gdy zaczynał świtać dzień strzały ucichły. W tym czasie Rosjanie podchodzili do torów, przy których Niemcy utworzyli pierwszą linie okopów.


Naziści zaczęli ostrzeliwać przedpole z moździerzy i armat 105 mm. 

Rosjanie atakowali od majątku Bukowa wzdłuż torów. Z pierwszej linii żołnierze wycofali się na skraj Bukowa. Rosjanie przekroczyli linie torów kolejowych z dużymi stratami, ale szli dalej pod osłoną karabinów działka 45 mm i 76 mm oraz moździerzy 82 mm, zajęli stanowiska wzdłuż drogi z Bukowa do torów i parły w stronę wioski, ale i Niemcy z moździerzy i dział strzelali na pozycje zajęte przez Rosjan. Na skraju Bukowa przy drodze linia okopów z karabinami maszynowymi nie wytrzymała i Niemcy zaczęli się cofać w głąb Bukowa ponosząc bardzo duże straty. Rosjanie koło remizy stracili zaprzęg czterech koni ciągnące haubice 122 mm z tej haubicy po południu strzelono z okolic skrzyżowania dróg Mosiny Płonicy w silny punkt oporu znajdujący się w dawnej strzelnicy przy drodze do Płonicy. Były tam okopane działa ppanc 75 mm a może i inne oraz skład amunicji. W tym czasie oddziały radzieckie parły na obu skrzydłach Bukowa w kierunku na Mosiny i na las Płonice. Do wieczora niemieccy żołnierze wycofali się w lasy Dębnickie i okolice Człuchowa. W Bukowie oprócz Ruskich zastali ranni Niemcy ( z których żaden nie trafił do niewoli, bo natychmiast po znalezieniu byli mordowani ), jeńcy francuscy, robotnice przymusowe i niewiele ludności cywilnej.
Było to 24-tego lutego 1945, 65 lat temu, rano był lekki przymrozek, w dzień odwilż, śniegu niewiele…
Artykuł napisał bolek-o, pod redakcją Ani i Fjolux’a. Wspomnienia Alfreda Wolfa opracowano na podstawia książki Marian Frydy „Bukowo i Mosiny”
FACEBOOK